Zadejte e-mail pro zasílání aktualit
Pro registraci Vašeho e-mailu Vám bude zaslán aktivační e-mail. Řiďte se jeho instrukcemi.
Přidat vlastní novinku

Letohrad
Destinační společnost Východní Čechy
Orlické hory a podorlicko
Sdružení obcí Orlicko
Království Orlice


Najdete nás také na:
Facebook

Putování po historických městech Čech, Moravy a Slezska
Ze wspomnień Jindřicha Dolečka

Zimowe wieczory przebiegały w naszej rodzinie w postaci spotkań z sąsiadami, którzy przychodzili prawie codziennie na gawędkę, jak mówiono na ludowo. My, dzieci, szyłyśmy nitkowe guziki, aby pomóc tą pracą w trudnościach finansowych naszego ojca. Mamusia zawsze pilnowała, aby praca została przez nas należycie wykonana, bo w przeciwnym wypadku faktor nie odebrał guzików i musiały one zostać przerobione na nasz koszt. Tak więc podczas szycia guzików snuto opowiadania, a czasami też mocno kłamano ("prószono" - jak mawiał ojciec) o sprawach wszelakich. Były też na tapecie stworzenia takie jak wodnicy, błędne płomyki, straszydła i inne. Mężczyźni z kolei opowiadali o służbie w wojsku, o krainach, przez które żołnierze przechadzali, czasami też o wędrówkach i miejscach, przez które wędrowano. Oczywiście, my, dzieci, słuchałyśmy tego z zapartym tchem, a oczy wychodziły nam na wierzch. Pracę kończyłyśmy o godzinie 10 wieczorem, w tym czasie sąsiedzi wychodzili do domu. Takie wieczory były dla nas czymś, na co cieszyłyśmy się co dnia. Główne postacie, będące naszymi codziennymi gośćmi, których talent opowiadania nigdy nie zawiódł, również zasób opowiadań był niewyczerpany: stary Blank, były gajowy i tokarz drewna, stary Kristek, robotnik i żołnierz generała Radetzkiego pod Mantową i Padwą w latach 1848-1860, stary Neugebauer, były robotnik, których chętnie opowiadał o duszach i złodziejach, jako słuchaczka stara pani Pospíšilova, czasami też rodzina Kovařoviców, a czas od czas pojawił się u nas też stary Vyhnálek z Podměstí. Wszyscy byli o wiele lat starsi od moich rodziców i wszyscy bardzo chętnie chadzali do nas.


O zaklętej duszy

Spośród wielu opowiadań, które snuł stary Blank, pamiętam jeszcze zaklętą duszę pod kamiennym mostkiem w kierunku na Šedivec (był to mostek przez strumyk na głównej drodze z Kyšperka do Šedivca). W tym miejscu była zaklęta dusza, która kichała, gdy ktoś przechodził przez mostek w czasie północy, czekając na odzew "Pozdrów Pan Bóg" ("Na zdrowie"), jak od czasów zarazy dżumowej zwracano się w Czechach do każdego, kto kichnął. Przechodnie, którzy usłyszeli kichnięcie, uciekali od mostka kamiennego pełni strachu, odbębniając różne modlitwy, ponieważ w szerokiej okolicy wiadomo było, że przy mostku straszy. Najgorszy czas, w którym straszydło kichało, była godzina między 11 a 12 w nocy. Bardziej bojaźliwi w ogóle nocą nie przechodzili, lepiej przespali w Šedivcu (jeśli byli z Nekořa, Pastvin, Klášterca itp.) albo w Kyšperku, gdy musieli iść ponownie do tych miejsc. Tak więc Blank postanowił, że przyglądnie się tej duszy. Był wówczas młody i pracował jako gajowy, szedł ze strzelbą łowiecką do Šedivca do gospody. Tam popijał trunki i rozmawiał o sprawach codziennych ze współbiesiadnikami. Kiedy odbiła godzina jedenasta w nocy, zapłacił i chciał iść do Kyšperka. Wszyscy obecni spojrzeli na niego a szynkarz powiada: „Masz pan zamiar iść przez kamienny mostek? Nie wiesz pan, że tam straszy?“ Również inni ostrzegali go, żeby nie szedł tamtędy, lepiej niech weźmie okrężną drogę przez las i pójdzie przez Bażanciarnię. Choć droga jest nieznacznie dłuższa, to jednak nie musi przechodzić mostek ze strachem. Jeden z obecnych biesiadników zabrawszy słowo, skwapliwie opowiadał o tym, jak tydzień temu to coś wystraszyło starą Hubálkovą z Nekořa, która ponoć tak mocno się potem modliła, że aż biedak dostała kołowacizny. Od razu inny biesiadnik dodał, że onegdaj szedł młody Brůna z Pastvin i gdyby nie miał ze sobą siekiery, którą właśnie sobie kupił w Kyšperku, to byłby z niego trup. Prawda, zasiedział się nieco w gospodzie w Kyšperku na rynku i miał po tym kuraż, ale właśnie ów kuraż go uratował. Zjawił się też trzeci i również jął się opowiadać, co jemu wiadomo było o straszydle, lecz Blank powiada: „Dosyć, przyjaciele, idę teraz przez kamienny mostek i nie boję się nawet samego Lucypera. I do widzenia.“ Wziął kapelusz, strzelbę przerzucił przez ramię i ruszył w drogę. Gospodarz życzył mu szczęśliwej drogi, prosząc, żeby przyszedł kiedyś poopowiadać, jak mu się powiodło. Blank ruszył dziarsko w drogę, za sprawą dobrych trunków w gospodzie kurażu miał pod dostatkiem. Nic więc nie było w stanie go zrazić. Kiedy zbliżał się do kamiennego mostka, zdjął strzelbę z ramienia, żeby być przygotowanym na wystrzał, na wypadek gdyby straszydło go zaatakowało. Wtem na pięć kroków przed mostkiem ktoś kichnął. Blank żachnął się, ale woła przytomnie: „Pozdrów Pan Bóg na sto lat a resztę sobie wyproś.“ Wtem nieznany głos odpowiada: „Da-li Bóg, od stu lat czekam na to pozdrowienie.“ I nic, ani piśnie! Blank idzie dalej, wszędzie cicho jak w grobie, tylko w oddali huczała sowa. Doszedł szczęśliwie do Kyšperka. Od tej pory straszydło spod kamiennego mostka odeszło na zawsze i nikt, nawet sam Blank, już go później nigdy nie słyszał. Sto lat czekało ono na pozdrowienie, a ludzie bali się go i uciekali, jedynie Blank wymawiając pozdrowienie, zbawił go od przeklęcia.
Również ja, jako mały chłopiec, przechodząc przez kamienny mostek, zawsze spoglądałem, czy aby jednak nie ma straszydła pod mostkiem.


Jak stary Kristek walczył w Italii

Stary Kristek z kolei wciąż walczył w Italii, gdzie służył przez 12 lat i uczestniczył w walkach pod dowództwem generała Radetzkiego, ponoć Czecha, chłopa dobrego z kościami. Tak więc pewnego wieczoru opowiadał nam, jak maszerowali na Italię (kolei żelaznej jeszcze wtedy nie było) przez około 3 tygodnie, dzień w dzień. Gdy przyszli do Tyrolu, była tam okropnie zimno. Tak zimno, że woda w kotle nad ogniskiem zamarzała, a kucharze nie byli w stanie ugotować jedzenia. Niektórzy żołnierze nawet płakali z zimna i łzy zamarzały im tuż pod oczami, a jak któryś płakał więcej, to miał sople sięgające do pasa. Nie zatrzymawszy się dłużej w Tyrolu, śpieszyli do równin włoskich. W równinach było wspaniale, było ciepło, jedzenie, piękne dziewczęta, które same się do niego przyczepiały. Maszerowali w kierunku Mantowy. Była wiosna, słońce przypiekało, śnieg w górach topił się i rzeki wezbrały. Wtedy przyszła wielka powódź. Powódź była tak wielka, że przez 14 dni maszerowali pod wodą, tylko koniom uszy sterczały. Potem opowiadał, jak wszystko to szczęśliwie z pomocą Bożą przetrwali i rozpoczęli szturm na Mantowę. Infanteria dobrze się spisała, zdobywając Mantowę, za co otrzymała pochwałę od generała Radetzkiego. Osobiście z nim rozmawiałem, mówił Kristek, był to dla mnie wielki honor.
Nam dzieciom wydawało się wówczas, że Kristek jest bohaterem, bardzo urósł w naszych oczach i żal nam było, czego doświadczył. W trakcie jego opowiadania mój ojciec uśmiechał się pod nosem, ale my nie wiedzieliśmy dlaczego. Dopiero kilka lat później, gdy stary Kristek był już w grobie, ojciec powiedział nam, jakich kłamstw nam Kristek naopowiadał, snując opowieści o Tyrolu i wodzie. Wtedy to było nam już wiadomo, że nie mogli maszerować przez 14 dni pod wodą.


Jak stary Neugebauer wygrał w loterii

Stary Neugebauer chętnie opowiadał o duszach, chodzących o północy po cmentarzu, o tym, jak odwiedzają go w mieszkaniu (mieszkał koło cmentarza) i jak z nimi rozmawia. Pytałem go, czyje dusze stukają nocą do okien lub drzwi, on powiedział mi, że do niego włażą przez dziurkę od klucza w zamku drzwi. Zapraszał mnie, żebym szedł do niego spać, aby nocą pójść je zobaczyć. Ja się jednak bałem i nie poszedłem. Jego sąsiedzi mawiali, że jest związany z diabłem, lecz to chyba wynikało z jego opowieści, które snuł, gdy z kimś rozmawiał. Miał też sennik i często grał w loterię. Gdy coś mu się przyśniło, wyszukał w senniku taki przypadek. Sennik podawał też numer, na który należy postawić, zanotował go na świstku papieru i poszedł postawić zakład do Ledrom. Czasami wygrał kilka szóstaków (szóstak był równy przedwojennej koronie), lecz ogólnie więcej stracił niż wygrał. Przez pewien czas chodził co rano do mojego ojca pytając go, co mu się śniło. Ojciec regularnie go spławiał, mówiąc, że nic. Gdy długo już to trwało, gdy wciąż przychodził i chciał wiedzieć, jaki miał ojciec sen, tata wpadł w gniew i aby mieć spokój, pewnego ranka powiedział mu, że mu się śniło, jak diabeł biegał po dachu naszego domu i jak św. p. żona Neugebauera biegała za nim z miotłą. Neugebauer wysłuchał tego uważnie, od razu pobiegł do domu zerknąć do sennika, a po chwili widzieliśmy, jak podąża w kierunku Ledrom, aby postawić zakład w loterii. Ojciec powiedział: No i będę miał spokój, i tak nic nie wygra. Nie mógł się bardziej pomylić, przepowiednia ojca się nie spełniła, przeciwnie dopiero teraz miał odpowiadać na codzienne pytania Neugebauera o sny. Ten bowiem wygrał na tego diabła terno – ambo, czyli najwyższą wygraną, nie pamiętam ile złotych tego było, ale każdy musiał wiedzieć, że wygrał na sen Dolečka. Ludzie mu zazdrościli, od czasu do czasu któryś z sąsiadów pytał ojca, co mu się śniło, a potem widzieliśmy, jak idzie do Ledrom postawić zakład w loterii. Nie wiem, czy któryś z nich wygrał, jeśli tak, to się tym nie chełpił, a jeśli nie, to dopiero się nie chwalił.


O straszydle przy Bożych Mękach pod Mechnáčem

Pamiętam też, jak stary Vyhnálek, opowiadał u nas i straszydle, które panoszy się koło Bożych Mąk, stojących u podnóża górki Mechnáč przy drodze, prowadzącej z Kyšperka do Písečnej. Vyhnálek był kupować krowę w Písečnej, a ponieważ kupno dobrze się zakończyło, zatrzymał się w gospodzie u Lipenskich na jeden kieliszek (była to ćwiartka wódki tzw. czystej). Zasiedział się tam co nieco, bo przyszli znajomi. Lipenski dał mu krowę do stodoły, która była pusta, ponieważ było przed żniwami. Wytoczywszy się więc z gospody koło godziny jedenastej w nocy, prowadził krowę na łańcuchu. Człapią wspólnie po drodze do Kyšperka i dochodzą pod górkę Mechnáč - do Bożych Mąk. Była gwiaździsta noc, więc było widać co nieco, droga zaś była otoczona drzewami, to nie mogli zejść z drogi. Wtem naprzeciw Bożych Mąk wybiega pies i zaczyna szczekać na krowę, która wystraszyła się i zaczęła uciekać, ciągnąc Vyhnálka za sobą. Kiedy pies zaszczekał po raz pierwszy, Vyhnálek wystraszył się, przypomniał sobie o straszydle, przeżegnał się i od razu wytrzeźwiał. A kiedy krówka zaczęła uciekać, popychał ją, a nawet ją wyprzedził. Biegli w ten sposób aż do kyšperskich stodół (stały na rozdrożu dróg z Kyšperka do Písečnej i Lukavicy). Przybiegłszy do stodół, byli mocno zasapani, ale to wcale nie szkodziło, bo uciekli upiorom. Gdyby tak szybko nie uciekali, to byłoby z nimi niedobrze, ponieważ mówiono, że straszydło przy Bożych Mękach goni tak długo, aż zagoni na śmierć. Raz jako pies, innym razem jako koń, czasami też jako Lucyper z ognistym jęzorem. Kiedy Vyhnálek zakończył swe opowiadanie, wszyscy byliśmy mocno roztrzęsieni i nikt z nas nie szedłby nocą koło Bożych Mąk.
Później dowiedziałem się, że w tym dniu w Písečnej był też murarz Hotmar, który miał ze sobą psa. Pracował do zmroku, potem zatrzymał się w gospodzie u Langrów, a ponieważ murarze mają "gęsią wątrobę", to musiał sobie wypić. Był pijany koło dziesiątej wieczorem ruszył w drogę z Písečnej. Przyszedłszy do Bożych Mąk, usiadł na małej ławeczce, aby sobie odpocząć i zebrać siły do dalszej drogi. Jak tylko usiadł, zasnął a jego pies wartował. Oczywiście, jak pojawił się Vyhnálek ze swoją krową, szczekał na nich. Nad ranem koło Bożych Mąk przechodził patrol żandarmerii. Również na nich pies szczekał, zauważyli, że koło pomnika ktoś leży, podeszli więc do niego i obudzili go. Stwierdzili, że to murarz Hotmar i wysłuchawszy go, co tam robi, wysłali go do domu. W domu pochwalił się komuś, że spał z psem Vořechiem przy Bożych Mękach pod Mechnáčem i w ten sposób rozniosło się to wśród ludzi, którzy odkryli, że było to w tym samym dniu, w którym Vyhnálek prowadził krowę z Písečnej.


Życie szkolniaka na początku dwudziestego wieku

Nitkowe guziki szyto rano przed pójściem do szkoły, zawsze otrzymywałem zadanie obszycia określonej liczby guzików. Wstawaliśmy więc regularnie o w pół do szóstej i szyliśmy do siódmej – od siódmej do kwadrans przed ósmą powtarzałem materiał i na pięć 5 minut przed ósmą szedłem do szkoły. Mieszkaliśmy bowiem niedaleko szkoły. Uczyłem się chętnie, chętnie też w domu pracowałem. Nie miałem tyle wolnego czasu, co dzieci bardziej zamożnych rodziców, jednak nie byłem sam, większość dzieci w klasie również pochodziło z uboższych rodzin. Gdy śnieg zaczął znikać, szliśmy zbierać chrust w lesie. Był jeszcze mokry i ciężki, ale to nie szkodziło, bo latem wysechł na dworku. Wiązaliśmy z uzbieranych patyczków snopki, ze sznurków robiliśmy sobie pasy do noszenia i nosiliśmy snopki na plecach niczym kosz. Po św. Józefie chodziliśmy już na bosaka, ponieważ musieliśmy oszczędzać buty. Zdarzało się, że niekiedy spadł jeszcze śnieg, albo była chlapa, i trzeba było założyć buty. Ojciec zawsze kupował nam buty większe, aby mogliśmy w nich chodzić przez kilka lat, stąd też musieliśmy się z nimi obchodzić ostrożnie. Od początku maja wstawałem z ojcem wczesnym rankiem koło czwartej, jednak nie później niż o w pół do piątej. Jeszcze o zmroku, ale zanim umyliśmy się i zjedliśmy śniadanie (mamusia wstawała razem z nami), ładnie się rozwidniło i szliśmy pracować. Albo szedłem zbierać drewno w lesie i do siódmej byłem w domu, albo pracowałem na poletku, które mieliśmy na wzgórzu Kopeček pod kaplicą św. Jana Nepomucena. Uprawialiśmy tam warzywa dla własnego użytku oraz buraki dla dwóch kóz na zimę. Gleba była kamienista, konieczne było dobre nawożenie i obfite polewanie gnojówką. Gnojówkę nosiłem na poletko pod górkę w dwóch starych drewnianych cebrach. Zanim poszedłem do szkoły, musiałem powynosić przynajmniej 16 do 20 cebrów. To była ciężka praca nawet dla dorosłego, nie mówiąc o dziecku w wieku 10-14 lat. Również pielenie i okopywanie warzyw i buraków było bardzo pracochłonne. Mamusia była zatrudniona przy robotach polnych u gajowego Vanžury, stąd też na opiekę o własne warzywa i buraki nie miała czasu. Roboty na polu były dla mnie ciekawe i nie były nadaremne. Nasze buraki były tak duże, że nikt inny w całej okolicy nie wyhodował większych nawet na najżyźniejszej glebie.
Dyrektor szkół powszechnych i mieszczańskich w Kyšperku, pan Trejtnar wziął od nas kilka sztuk buraka pastewnego i wysłał je do Pragi na wystawę gospodarczą, gdzie uplasowała się na dobrej pozycji w konkursie. Dyplom otrzymał pan Trejtnar, ponieważ za zgodą matki określił samego siebie jako hodowcę. Matka była bowiem przekonana, że musiałaby coś płacić, gdyby podano jej imię.


Jak żyło się w przeciętnej rodzinie

W czasie wakacji bywałem zatrudniany przy różnych pracach podczas remontów posiadłości ziemskich hrabiego Stubenberga. Były to po części prace przy naprawach dróg leśnych i polnych lub dróg publicznych, odnośnie których hrabia Stubenberg miał obowiązek utrzymywania ich w dobrym stanie. Kamień przywożono w dużych sztukach, byliśmy zmuszeni do jego rozbijania na mniejsze kawałki. Podczas którychśtam wakacji przez cały czas tylko tłukłem kamień. Od szóstej rano do szóstej wieczorem za cztery szóstaki dziennie (80 halerzy). Była to trudna praca, lecz dozorca Holeček miał nad nami dziećmi zmiłowanie i nie gonił nas. Jednak część pracy musiałyśmy zrobić. Gdy wróciłem wieczorem z pracy do domu, jechaliśmy zbierać drewno w lesie, w czasie żniw chodziliśmy zbierać kłoski, ponieważ potrzebowaliśmy ziarna dla kurek.
Ojciec pracował od rana do nocy – był krawcem i szył wyłącznie dla robotników, czyli tanio. Naprawiał też garnitury. Zarobek nie starczał nawet na skromne życie. Pracując staraliśmy się mu pomóc w złagodzeniu niedostatku. W sklepie często kupowaliśmy na dług, chleb braliśmy na kredyt. Pamiętam, jak niechętnie chodziłem po chleb na dług do Faltusów, których przezywano Chlebounowymi. W sklepie u Sýkorów rodzicie mieli dług jeszcze po pierwszej wojnie światowej, dopiero siostra Maria wszystko zapłaciła. Maria przyniosła do domu najwięcej pieniędzy z nas wszystkich, a było nas sześcioro. Niczego z kolei nie przyniosła siostra Emilia, która co chwila wracała do domu ze służby (wszystkie dziewczęta służyły w świecie) i rodzicie musieli ją żywić. Później przywykła do takiej opieki i w ogóle nie szła służyć, do fabryki również nie poszła, uzasadniając to chorobą. Była najbardziej cwana z nas sześciorga dzieci, przez całe swoje życie po prostu zjadała darmo chleb, nie biorąc pod uwagę, jak ciąży rodzicom i oczywiście rodzeństwu, które rodzicom pomagało.


O tym, jak pestki przemieniły się w srebrniaki

Pierwszy Neuman, Antonín pochodził z Kyšperka, zaś jego żona Lenka Malová - z gospody mistrovickiej przy kościele. Jej matka pochodziła z Králík, na dole przy dworcu jest gospoda, nazywano ją kapliczką. Gdy myła młodą dziewczyną, w gospodzie mieli potańcówkę, ona chodziła po piwo do piwnicy. W środku zabawy nalewa piwo i widzi niecki pełne pestek. Nabrawszy pełną garść pestek wrzuciła je do kieszeni‚ aby później je sobie rozłupać, i zapomniała o nich. Na drugi dzień matka sprząta sukienkę po potańcówce i widzi, że córka ma w kieszeni zupełnie nowe srebrne pieniądze. Budzi ją i pyta, skąd wzięła te pieniądze, przecież pito na dług, czyli co kto wypił w ciągu nocy, to rano zapłacił. Lenka przypomniała sobie, że wrzuciła garść pestek do kieszeni. Poszły więc do piwnicy i znalazły tam trochę pieniędzy porozrzucanych wokół niecek. Zaczęły kopać w piwnicy, wokół gospody, ale nic nie znalazły.


O wodnikach

Dawniej pielgrzymi chodzili na pielgrzymkę do Vambeřic, Karel Majvald z Kunčic z domu nr 68 był śpiewakiem. Wychodzili zawsze we wtorek rano i wracali do domu w niedzielę po południu. Otóż podszedł on pewnego razu na pielgrzymkę a jego żona pozostała sama w domu, ponoć chodził do niej wodnik. Gdy biadoliła nad ich biednym losem, zaprowadził ją do spichlerza i pokazał jej kopiec zboża: żyto, jęczmień, owies, mąka, wszystkiego w bród. Pewnego dnia Majvaldowa przyszła do sąsiadki Markowej, aby ta poszła z nią zobaczyć to wszystko, co mają. Zaprowadziła ją na strych i pokazuje worki mąki, kopce zbóż, lecz Markowa niczego nie widziała. Gdy Majvald miał wrócić z pielgrzymki, wodnik tak jej powiada: Ale jak mąż przyjdzie do domu, nic mu nie mów. Jednak żona wyszła mu naprzeciw i po drodze wszystko mu powiedziała. Gdy mąż wrócił do domu, poszedł na plebanię do proboszcza, wszystko mu opowiedział i proboszcz daje mu taką radę: Proszę wziąć święconą kredę i zrobić tą kredą kreskę wokół chałupy, odmawiając różaniec święty. Kiedy odmawiali ostatnią tajemnicę, wodnik zeskoczył ze strychu i powiada: "Ja się jeszcze zemszczę". Potem ponoć utonęła sąsiadka Markowa. Poszła nad rzekę, a gdy długo nie wracała, poszli za nią, no i znaleźli ją utopioną.

Mój ojciec mawiał, że jego babcia ponoć często mu opowiadała, że widziała go na własne oczy. Przed domkiem pod lipą rąbała chrust - lipa ta zresztą stoi do dziś przy domu nr 54 - wodnik szedł w kierunku od Ovčína, na bosaka, miał podobno zielony płaszcz i z poły skapywała mu woda. W ręce trzymał stryczek i szedł do wsi.
Kulturní centrum Letohrad

Václavské nám. 77

561 51 Letohrad

IČO: 70964891

tel.: 465 622 092

e-maily: info@letohrad.eu, muzeum@letohrad.eu, kultura@letohrad.eu, knihovna@letohrad.cz


Ředitel:
Jaroslav Moravec
tel.: 465 622 255
e-mail: jaroslav.moravec@letohrad.eu

Dnes je

Svátek má :

Z naší fotogalerie

Zámek Radnice